Węglowy Gargamel


Jak ja nie cierpię Smerfów – krzyczał zły Gargamel w bajce o niebieskich stworkach. W ostatnich dniach dowiaduję się, że w takim razie to ja jestem podobno węglowym Gargamelem. Piszę podobno, bo ja tak nie uważam (i nie w urodzie rzecz – uprzedzę może pytania…). O co chodzi?

W jednym z komentarzy ktoś napisał, że nie lubię górnictwa, bo albo rzucił mnie jakiś hajer, albo importuję węgiel. Z kolei w jednej z rozmów dowiedziałam się dziś z kolei, że nie życzę dobrze m.in. JSW i widzę same negatywy. A z kolei miły Czytelnik napisał mi, że nie umiem liczyć, więc lepiej, żebym się nie odzywała. Otóż serdecznie Państwa pozdrawiam, ale na razie odzywać się zamierzać, liczyć umiem (głównie na siebie), górnictwo nie tylko lubię, ale i kocham, bo oprócz pracy to moja pasja (jedni zbierają znaczki, inni lubią węgiel – bywa). A z tymi negatywami… No cóż. Zawsze można powiedzieć, że szklanka jest do połowy pusta, albo do połowy pełna. Ci, którzy śledzili moje poczynania w górnictwie kilka lat temu doskonale wiedzą, że przez długi czas dla mnie ta szklanka była do połowy pełna. Potrafiłam bronić racji branży bez względu na niekiedy irracjonalne decyzje (np. te towarzyszące debiutowi giełdowemu JSW). Ale potem podszkoliłam się w liczeniu i zero plus zero nijak nie może mi dać plusa.

Może dlatego teraz widzę, że szklanka jest jednak do połowy pusta? Może też za długo wierzyłam, że jednak ktoś coś zrobi z sektorem węgla kamiennego? Może liczyłam na większy rozsądek związków zawodowych? Możemy się dzisiaj o to spierać, ale to nie jest tak, że widzę górnictwo w czarnych kolorach (choć węgiel jest czarny i można się nim ubrudzić), tylko patrzę hmmm… bardziej realnie? Oczywiście – zgadzam się, że wieloletnie prognozy cen węgla czy to energetycznego, czy to koksowego można włożyć między bajki, bo to faktycznie wróżenie z fusów. Mnie bawi na przykład zafascynowanie prognozami pogody. Z cenami węgla mam wrażenie jest troszkę podobnie. Aczkolwiek nie ulega wątpliwości, że dzisiaj węgiel jest na tyle tani, że koszty wydobycia naszego, polskiego skutecznie niszczą jego konkurencyjność na światowych rynkach. Ratuje nas jeszcze dość drogi dolar, ale jak długo?

Tymczasem trzeba wrócić do źródła problemu, czyli do kosztów wydobycia węgla. I proszę mnie dobrze zrozumieć – ja nie jestem za tym, by górnikom obcinać pensje, zabierać to, co przez lata sobie wypracowali etc. Ale jest kilka rzeczy, których nijak zrozumieć nie mogę. Po pierwsze – dlaczego górnicze przywileje dotyczą także administracji (specjalnie nie mówię „pracowników powierzchni”, bo np. przeróbka mechaniczna węgla to jednak inna robota niż siedzenie za biurkiem…). Po drugie – dlaczego pracownicy powierzchni często dostają 1/8 czy inną część etatu tzw. dołowego, by móc pobierać świadczenia? Po czwarte – dlaczego utrzymuje się archaiczne składniki wynagrodzeń jak deputat węglowy, mlekowy czy czternasta pensja, zamiast ujednolicić wynagrodzenia, wypłacać je jak innym 12 razy w roku dokładając ewentualną premię z zysku?

Słyszę dzisiaj, że to nie jest wina górników, że wyniki ekonomiczne spółek węglowych są złe. Ale jak będą dobre, to już będzie ich zasługa, prawda? Kij ma dwa końce, o czym zdaje się nie chcą pamiętać górniczy związkowcy. Powtarzają jak mantrę – nie będzie zgody na zamykanie kopalń, nie będzie zgody na redukcję zatrudnienia, nie będzie zgody na obniżkę wynagrodzeń… A u mnie nie ma zgody na ten brak zgody na nic. Niech się wali, pali, ale moja racja jest najmojsza, tak? No niestety – tym sposobem myślenia to kopalnie długo nie pociągną.

Wacław Czerkawski, wiceszef Związku Zawodowego Górników w Polsce, z którym miałam okazję ponownie „spotkać się” na antenie TBN24 BiŚ zwrócił mi uwagę, że epatuję miliardami, których potrzebuje górnictwo, a przecież co roku górnictwo wpłaca do budżetów państwa i gmin kilka mld zł. Tak, wiem, ale ja płacę podatki, Pan płaci podatki, Pani płaci podatki…ba, niektórzy niebawem będą płacić nowe podatki. No to słyszę, że VAT na węgiel jest najwyższy w Europie. No ale tego VAT-u nie płaci akurat górnictwo, a jego klienci kupujący węgiel. Poza tym mamy VAT jaki mamy i to nie jest tak, że górnictwo ma wyższy niż inni. Są natomiast w górnictwie opłaty dodatkowe, których istnienia wcale nie popieram (m.in. nieszczęsny podatek od wyrobisk górniczych, czyli kość niezgody na linii kopalnie – samorządy), ale ja sobie mogę co najwyżej o tym popisać.

I jeśli ktoś naprawdę nie rozumie, że los górnictwa jako wnuczce górnika jest mi naprawdę bliski, to przykro mi niezmiernie. Niemniej jednak to, że piszę o potencjalnym bankructwie Kompanii czy JSW nie oznacza, że tego im życzę, tylko raczej zwracam na to uwagę. A gdy piszę o tym, że JSW może mieć po odpisach nawet 3 mld zł straty za zeszły rok, to wcale nie odczuwam w związku z tym satysfakcji. Ja już raz napisałam książkę „Drugie życie kopalń”. Wolałabym naprawdę, by nasze jak najdłużej cieszyły się swoim pierwszym życiem – wydobywczym. Tylko jak ktoś słysząc o górnictwie działa na zasadzie „nie znam się, ale się wypowiem”, to nie dziwne, że potem widzi we mnie węglowego Gargamela. Chociaż może to zawsze lepsze niż Smerfetka…

Karolina Baca-Pogorzelska